Posts Taged wizerunek

Jak odpowiednio stworzyć nazwę firmy?

Nazwa to jeden z najważniejszych elementów systemu identyfikacji firmy, który nie tylko pozwala jej wyróżnić się na tle innych, podobnych podmiotów, ale także współtworzy wizerunek marki. Dobra nazwa, wsparta odpowiednimi działaniami marketingowymi, może zagwarantować firmie sukces.

O nazwie często mówi się, że jest najkrótszym sloganem reklamowym. Dlatego właśnie powinna być zrozumiała, jednoznaczna i łatwa do wymówienia. Ponadto powinna zawierać w sobie podstawowe treści i nawiązywać do charakteru firmy oraz branży, w której ona działa. Podstawowym zadaniem nazwy jest wyróżnienie przedsiębiorstwa na tle konkurencji. Warto jednak zapamiętać, że nie można szukać oryginalności za wszelką cenę. W wyborze nazwy najlepiej jest kierować się zasadami, które wynikają z wcześniejszych doświadczeń społecznych, kulturowych oraz sposobu percepcji. Bardzo ważne jest, aby nazwa przedsiębiorstwa nie budziła zastrzeżeń prawnych. Nie może być zatem imitacją nazw już istniejących, zwłaszcza w przypadku, gdy odnosi się ona do tej samej branży lub grupy produktów. Nazwa powinna wywoływać pozytywne skojarzenia i być nośnikiem określonych emocji bądź wartości. Zazwyczaj lepiej odbierane są nazwy krótkie, choć wiele zależy od rynku, na którym działa przedsiębiorstwo. Oczywiście zdarzają się odstępstwa od tej reguły. Dla przykładu firmy konsultingowe zwykle mają dłuższe nazwy.

Proces tworzenia nazwy można podzielić na dwa etapy. Pierwszy polega na przeprowadzeniu szczegółowych analiz dotyczących charakteru firmy i pożądanej pozycji rynkowej. Na tym etapie należy określić: kto będzie odbiorcą nazwy, do jakich grup docelowych jest ona kierowana i przede wszystkim jakie skojarzenia ma wywołać u odbiorcy. Etap drugi rozpoczyna się od stworzenia koncepcji nazwy i alternatywnych propozycji. W tym momencie należy dokonać analizy ich pisowni i brzmienia oraz zrobić teksty graficzne. Dobrze jest równolegle do tych działań rozpocząć prace nad symbolem firmy. Po wyborze kilku, a czasem kilkunastu nazw, następuje ich weryfikacja prawna. Po dalszej selekcji przeprowadza się badania marketingowe, które mają służyć ocenie postrzegania nazwy. Ostatnim krokiem jest wybór najlepszej propozycji oraz jej ochrona patentowa.

 

Źródło: B. Rozwadowska, Public Relations. Teoria, praktyka, perspektywy, Wydawnictwo Studio Emka, Warszawa 2011

 

Autor: Asia

Czy startupom potrzebny jest PR?

Laser do nacinania kiełbasy na grilla i kieszonkowe laboratorium do wykrywania bakterii i wirusów, co je łączy? Oba pomysły to dzieło polskich startupowców, oba były opisywane przez media, choć ten pierwszy zdecydowanie bardziej. Jak sprawić, by startup nie był jedynie medialną ciekawostką, a działania PR wykorzystać do realizacji długofalowych celów biznesowych?

Media rządzą się swoimi prawami, a poruszana przez nie tematyka często podyktowana jest tym, czego oczekują ich odbiorcy. Tematy kontrowersyjne czy szokujące przebijają się więc łatwiej, niż te wymagające większego skupienia i głębszej analizy. Czy w takim razie, zajmujący się specjalistycznymi zagadnieniami startup nie ma szans na zdobycie medialnego rozgłosu i wykreowanie swego wizerunku? W żadnym wypadku.

Co to jest startup?

Często pierwszym, co przychodzi na myśl po usłyszeniu słowa startup jest kilku studentów informatyki, robotyki czy biotechnologii i wymyślone przez nich innowacyjne urządzenie do zapisywania snów, rozmowy z psem czy pieczenia chleba za pośrednictwem smartfona. Startup czasem może przypominać szalony wynalazek, częściej jest to jednak po prostu raczkujący biznes oparty na mniej lub bardziej nowatorskim pomyśle. Sztywne definicje raczej nie znajdą tu zastosowania, ale najczęściej jest to firma tworzona przez młodych ludzi, której działalność wiąże się z wykorzystaniem nowych technologii informacyjnych i komunikacyjnych. Jak długo firmę można nazywać startupem? Tu również nie znajdziemy prostej odpowiedzi. Najczęściej przyjmuje się, że startupem przestaje być biznes, który wychodzi z etapu raczkowania, staje na własnych nogach i zaczyna przynosić zysk, funkcjonując jak tradycyjne przedsiębiorstwo. Najlepiej obrazuje to historia Funtronic, który zaczynając jako startup, stworzył w garażu interaktywną podłogę Magiczny Dywan. Dziś, po czterech latach jest to prężnie działająca firma sprzedająca swoje urządzenie na całym świecie.

Do kogo i po co komunikują startupy

Cel powinien przyświecać każdemu działaniu. Podobnie jest w przypadku komunikacji z mediami. Jej celem nie jest przecież wyłącznie obecność w telewizji czy na łamach gazet. Medium z definicji ma być jedynie pośrednikiem. W przypadku startupów – pośrednikiem pomiędzy młodą firmą, a grupami docelowymi, do których chce dotrzeć. Ich identyfikacja jest jedną z pierwszych rzeczy, na które powinno się zwrócić uwagę. Dla jednego startupu najważniejsi będą odbiorcy indywidualni i pozyskanie jak największej liczby leadów, dla innego zdobycie hojnego inwestora lub partnera, którego środki umożliwią firmie dalszy rozwój. Do jednych i drugich trzeba jednak w jakiś sposób dotrzeć. To, jakie narzędzia public relations wykorzystać w tym celu jest kolejnym zagadnieniem, nad którym trzeba pomyśleć po ustaleniu grup, do których chce się komunikować.

Przekaz uszyty na miarę

Nawet najbardziej zwariowany pomysł da się przedstawić w sposób poważny i rzeczowy, nawet w najbardziej specjalistycznym rozwiązaniu można odnaleźć wątki, które zaciekawią laika. Konstruując przekaz z jakim za pośrednictwem mediów chcemy dotrzeć do odbiorców, trzeba pamiętać, że każda grupa oczekuje czegoś innego. Potencjalnego inwestora interesują twarde dane, ocena rynkowa produktu, ryzyko związane z zaangażowaniem, specjalistów – wykorzystane rozwiązania technologiczne, docelowych użytkowników – przydatność startupu w ich codziennym życiu. Podobne oczekiwania będą miały media, do których ma trafić komunikat. W pierwszej kolejności zagadnieniem należy przecież zainteresować dziennikarza.

Pośrednicy i sojusznicy w komunikacji

Dla startupów, które najczęściej działają w obszarze nowych technologii najbardziej naturalnym kanałem komunikacji jest oczywiście Internet. To tu informacje rozchodzą się najszybciej, to tu najłatwiej dotrzeć do konkretnego odbiorcy. „Mam startup”, „INN:Poland”, „Antyweb”, „Spider’s web”, „Rozmowy o startupach” – to popularne w sieci serwisy, blogi i grupy dyskusyjne regularnie podejmujące tematykę startupową. Obecność w nich to z jednej strony dobry sposób, by zaistnieć w środowisku, z drugiej – metoda na zdobycie wartościowych opinii, choć często także, niekoniecznie merytorycznej krytyki. Dziennikarzy zajmujących się startupami można znaleźć również w mediach tradycyjnych. Jako że startup to początkujący biznes, warto zadbać o obecność w rubrykach gospodarczych i finansowych, zwłaszcza, że to je najczęściej czytają inwestorzy. Przedmiotem działalności startupu można zainteresować dziennikarzy zajmujących się daną tematyką np. medyczną czy edukacyjną, z kolei miejscem działalności biznesu – odpowiednie media regionalne. Dobrym na to przykładem jest Moony Lab – powstały w Świdniku startup, który stworzył aplikację do wywoływania zdjęć bezpośrednio z pamięci telefonu czy z mediów społecznościowych. Po zdobyciu wsparcia z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego, informacje o Moony Lab opublikowały zarówno zajmujące się technologią portale internetowe, rubryki biznesowe, jak i media regionalne z Podlasia i Lubelszczyzny. Wywoływanie zdjęć i tworzenie fotoalbumów za pośrednictwem smartfona to także dobry temat dla wszelkiego rodzaju redakcji lifestylowych i poradnikowych. Wartościowym sojusznikiem startupu na pewno będą również wszelkiego rodzaju stowarzyszenia i organizacje zajmujące się rozwojem tego rynku czy przedsiębiorczością technologiczną, jak np. Fundacja Startup Poland.

Czy zatem startupom potrzebny jest PR? Odpowiedź jest twierdząca pod warunkiem, że mówimy nie o jednorazowym medialnym fajerwerku, a przemyślanym i właściwie realizowanym elemencie strategii marketingowej.

 

Autor tekstu: Michał

Siła kontrowersyjnego przekazu, czyli YOLOcaust

Pomnik Pomordowanych Żydów Europy to jeden z najważniejszych monumentów w Berlinie. Jest on labiryntem 2271 betonowych bloków o różnej wysokości. Liczba obelisków stanowi nawiązanie do liczby stron w Talmudzie, czyli jednej z najważniejszych ksiąg judaizmu. Pomnik odwiedza codziennie średnio 10 tys. osób.

Natomiast akronim YOLO („You Only Live Once”) to życiowa dewiza współczesnych nastolatków. Radość, beztroska, dobrobyt, pokój, brak realnych problemów i życie chwilą to hasła chętnie powielane przez Millenialsów i Zetki. I choć samo założenie YOLO jest jak najbardziej słuszne – w końcu, w nawiązaniu do starego, dobrego „carpe diem” chodzi o to, żeby dostrzegać i celebrować ważne momenty – zostało ono spłycone do skomercjalizowanego, czteroliterowego hasła i błogiej, młodzieńczej beztroski.

Co łączy pomnik ofiar Holocaustu z YOLO? Odpowiedzią jest oczywiście „YOLOcaust”, czyli kontrowersyjny, szokujący projekt, za którym stoi Shahak Shapira – mieszkający od lat w Berlinie izraelski artysta i satyryk. Na stronie projektu – www.yolocaust.de – jego autor pokazuje znalezione w serwisach społecznościowych sielankowe zdjęcia uśmiechniętych, młodych ludzi zrobione na tle… pomnika Pomordowanych Żydów Europy w Berlinie. Po najechaniu na daną fotografię możemy zobaczyć, że została ona nałożona na poruszające zdjęcia ofiar Holocaustu z hitlerowskich obozów zagłady.

Shapira chce, poprzez swój projekt, zwrócić uwagę na bezrefleksyjne podejście wielu, współczesnych nastolatków do trudnej historii Europy. Bo jak inaczej nazwać wykorzystanie Pomnika jako atrakcyjne tło do kolejnej fotki na Fb, Instagrama, czy co gorsze – Tindera? W jaki sposób skomentować zdjęcia osoby żonglującej na tle pomnika różowymi piłeczkami, ćwiczącej jogę czy wesoło przeskakującej z jednego obelisku na drugi z podpisem „Skacząc po nieżyjących Żydach”? Możemy to określić jako zachowanie co najmniej szokujące. Szokować powinna więc też reakcja na takie zachowanie, co w 100 proc. udało się izraelskiemu artyście. Skuteczne dotarcie do odbiorcy to jedno, ale poruszenie go i zmuszenie do refleksji wymaga czasem drastycznych rozwiązań.

Autor tekstu: Martyna

Niedoprecyzowany regulamin i “Polak cebulak”, czyli o nieudanej akcji promocyjnej Lidla

Akcja „Sprytnie i tanio kupować marki Lidla! Absolutna satysfakcja lub zwrot pieniędzy” miała trwać ponad miesiąc. Zakończono ją jednak po niespełna dwóch tygodniach. Powód? Bardzo ogólny regulamin akcji i „sprytni” Polacy, którzy dla promocji zrobią wszystko.

Promocja dotyczyła rodzimych marek Lidla. Zgodnie z regulaminem, klienci mogli zwrócić każdy produkt, z którego nie byli zadowoleni i otrzymać zwrot pieniędzy. Nie wiadomo, czy Lidl zbytnio wierzył w siłę marki, czy w uczciwość konsumencką. Jednak efekty promocji z pewnością nie były pożądane przez markę. Ogromne kolejki, brak gotówki w kasach, brudne, otwarte opakowania na taśmie razem z nieodpakowanymi produktami, a co najgorsze – z punktu widzenia Lidla – niezadowoleni konsumenci, narzekający na te niedogodności. Lidl musiał zakończyć akcję wcześniej i tłumaczyć się niezadowolonym klientom.

Komentarz jednej z klientek sieci sklepów Lidl na fanpage’u marki

Ale to już było…

Wydawać by się mogło, że marketingowcy Lidla powinni wiedzieć najlepiej, jak działa promocja na Polaka, po doświadczeniach z promocyjnymi cenami popularnych torebek. Już wtedy miejsce miały „dantejskie sceny”. Na filmach udostępnionych w Internecie, można zobaczyć, jak klienci wbiegają do sklepów i wyrywają sobie „luksusowe” torebki z rąk, aby kupić po kilka sztuk promocyjnego produktu. Rozczarowanie niektórych było niemałe, gdy odkryli, że zakupili podróbkę. A Lidl… znów musiał się tłumaczyć, tym razem z „jakby luksusowych” torebek.

Co Lidl stracił?

Nie każdy Polak to „cebulak”, który myśli, jak zrobić interes na wszystkim i bez względu na wszystko. Zatem dla wielu „normalnych”, bardzo często lojalnych klientów Lidla, widok przepychanek, pustych półek, brudnych kas czy kłótni jest zwyczajnie niesmaczny i powoduje, że do zakupów w tym sklepie już nie wrócą, a zamiast tego wybiorą się do jego największego konkurenta. Potencjalni klienci, których kampania miała przyciągnąć i przekonać do rodzimych marek z pewnością także ominą oblegany i brudny market.

 

Autor tekstu: Ewelina J.

Persona a budowanie pozycji marki

Kluczem do osiągnięcia sukcesu w biznesie jest dobra znajomość grupy docelowej. Dlatego zanim firma rozpocznie aktywne działania na rynku, jej właściciele muszą odpowiedzieć sobie na pytania – kim będą jej klienci, jakie mają potrzeby, sympatie, ambicje i oczekiwania. Paweł Tkaczyk, czyli jeden z najbardziej wpływowych polskich blogerów uważa, że to właśnie persona jest jednym z podstawowych narzędzi budowania marki.

Persona to tzw. wymyślony profil idealnego odbiorcy. Stworzenie takiego wzoru jest ważnym elementem strategicznym, ponieważ należy pamiętać, że odbiorcami produktów każdej firmy są właśnie ludzie. W dobie ogromnej konkurencji na rynku, kwestią kluczową i determinującą sukces jest dobranie odpowiedniej grupy docelowej i zaistnienie w jej świadomości.

Tworzenie profilu wzorowego odbiorcy wymaga dużego zaangażowania. Trzeba przemyśleć: skąd docelowy klient pochodzi, czym zajmuje się na co dzień, jakie ma zainteresowania, co można dla niego zrobić, a także poznać jego oczekiwania i ambicje. Jest to o tyle ważne, że w zupełnie inny sposób przebiega komunikacja z dwudziestoletnią dziewczyną, a inaczej z pięćdziesięcioletnią kobietą (nie porównując nawet z komunikacją skierowanej do mężczyzny). Odpowiedzi na pozostałe pytania pomogą stworzyć punkty styku konsumenta z marką, co w znacznym stopniu ułatwi komunikację na linii firma-odbiorca.

Trzeba zaznaczyć, ze persona nie jest narzędziem idealnym. Przy jej tworzeniu łatwo jest ulec stereotypom, przez co stworzonym profilom daleko jest do realnego odbiorcy. Jak łatwo się domyślić, niewłaściwie zbudowany wzór nie może zapewnić oczekiwanych rezultatów, ponieważ komunikacja zawsze będzie trafiała „obok” zamiast bezpośrednio do świadomości konsumenta. Jeśli jednak firmie uda się zbudować dokładny profil typowego odbiorcy, wówczas może liczyć na duże zyski finansowe i wizerunkowe dla swojej marki.

 

Autor tekstu: Ola

Źródła:

http://paweltkaczyk.com/pl/persona-narzedzie-budowania-marki/

http://arturjablonski.com/jak-stworzyc-persone/

Kultowych zabawek odpowiedzialne społecznie przemiany

Lego i Mattel to od lat niekwestionowani liderzy rynku zabawkarskiego. Twórcy najsłynniejszych klocków oraz najbardziej znanej lalki świata są jednocześnie od dawna w ogniu zmasowanej krytyki. Obu firmom zarzuca się m.in. promowanie wśród dzieci nieodpowiednich wzorców oraz fałszywego, stereotypowego postrzegania płci. Zwłaszcza w przypadku producenta Barbie, protesty klientów powoli zaczęły odbijać się na wynikach sprzedaży. Nic więc dziwnego, że po kilku dekadach powolnej ewolucji zarówno lalka Barbie, jak i klocki Lego zdecydowały się w końcu na rewolucję adekwatną do przemian społecznych. Rewolucję, która odbiła się szerokim echem w przestrzeni medialnej.

Lalka Barbie to nieodłączna towarzyszka zabaw małych dziewczynek, co potwierdzają statystyki – jeden egzemplarz sprzedawany jest średnio co 3 sekundy. W ciągu swojej 57-letniej kariery, Barbie niezmiennie posiadała figurę top modelki o nienagannej urodzie. Przez lata nowe wcielenia lalki ograniczały się głównie do księżniczek i modelek, z atrybutami w postaci ubrań i kosmetyków. Wywoływało to falę krytyki, zwłaszcza wśród rodziców, którzy słusznie zauważali, że dzieci nie powinny utożsamiać się z tak płytkim ideałem. Firma Mattel reagowała na zarzuty powolnymi, choć sukcesywnie wprowadzanymi zmianami. I tak, lalka doczekała się różnych karnacji, pokazała, że żadnej pracy się nie boi, a także została wyzwolona z butów na obcasach. Prawdziwy przełom nastąpił jednak pod koniec stycznia br., kiedy w końcu najsławniejsza lalka świata zmieniła odrealnione dotąd proporcje. Kolekcja Barbie poszerzyła się o trzy nowe sylwetki: drobną, wysoką i krągłą. Całości towarzyszy oczywiście szeroko zakrojona kampania PRowo-marketingowa, której motywem przewodnim jest różnorodne pojmowania piękna. – Uważamy, że ciąży na nas odpowiedzialność wobec dziewczynek i ich rodziców związana z propagowaniem różnorodnego pojmowania piękna – potwierdza Evelyn Mazzocco, wiceprezes i globalna dyrektor generalna marki Barbie. No cóż, pozostaje mieć nadzieję, że Matell faktycznie poczuła ciążącą odpowiedzialność, a nie spadek sprzedaży oraz negatywne postrzeganie marki…

Przejdźmy zatem do Lego, które serwuje w tym roku swoim klientom analogiczną rewolucję. Zaczynając od smaczka – w każdej sekundzie na świecie sprzedawanych jest 7 zestawów Lego. Podobnie jak Mattel, Lego nie uniknęło krytyki spowodowanej popularyzacją stereotypowego podejścia do ról społecznych płci. Ujmując to w skrócie, w świecie Lego kobiety po prostu ładnie wyglądały i zajmowały się domem, a mężczyźni przeżywali przygody jako nieustraszeni samcy alfa. Odpowiedzią Lego były, jak łatwo się domyślić, nowe zestawy klocków, w których kobiety przyjęły rolę bohaterów – naukowców, stając się chemiczkami, astronomkami czy paleontolożkami. Ale ten ruch znamy już z wcześniejszego akapitu. O klockach zrobiło się głośno w ubiegłym tygodniu, kiedy na branżowych targach w Londynie firma zaprezentowała nową figurkę przedstawiającą osobę na wózku inwalidzkim. Złośliwi komentują sprawę stwierdzeniem, że firmie, która przez lata wprowadzała do sprzedaży najróżniejsze postaci – od wojowników, przez celebrytów, aż po bohaterów „Gwiezdnych Wojen” zajęło aż 84 lata, by stworzyć figurkę ludzika na wózku inwalidzkim. Należy tu dodać, że Lego nie wpadło na to samo. „Niepełnosprawna” figurka to efekt brytyjskiej kampanii „Toy like me” mającej na celu zachęcanie przedsiębiorstw do tworzenia zabawek, które wyglądem przypominają osoby niepełnosprawne. Koniec końców – nowa postać wywołała zachwyt klientów, środowisk aktywistów oraz mediów na całym świecie.

Giganci rynku zabawek, paradoksalnie, w końcu pokazują, czym jest społeczna odpowiedzialność biznesu i przy okazji – jak mocno działania z zakresu CSR wpływają na wizerunek firmy. Przykład Lego i Mattel potwierdza też rosnącą świadomość społeczeństwa względem odpowiedzialnej i w tym przypadku, edukacyjnej roli organizacji względem jej otoczenia.

 

Autor tekstu: Martyna

Źródło zdjęcia: Mattel